wtorek, 27 maja 2014

Rozdział XXXXIX

Mój opuszek dotyka gładkiego ekranu, jednocześnie otwierając skrzynkę odbiorczą. 
Gdy patrzę, kto pisał do mojego chłopaka czuje jak miękną mi nogi. Nie, nie ja źle widzę. W pośpiechu odczytuję treść sms'a od Ash:  'Dziękuję za wszystko, ciesze sie że już jest okej. xx" 
Chwila, co?! Przecież Justin miał zerwać z nią kontakt, a ona pisze że "jest ok"? Boże, nie. Łzy powoli spływają  po moich policzkach, gdy widzę jeszcze 3 inne wiadomości od Ashley. 
Jak mógł mi to zrobić? Ustalaliśmy coś, i gdy już wszystko jest w normie, znowu z czymś wyskakuje. Na jego szczęście go tu nie ma, nie wyszedłby żywy z tego mieszkania. Moje wyrzuty sumienia mijają, a głowa przepełniona jest myślami, za co ona mu dziękuje. Jestem rozwścieczona. Mógłby sms'ować z każdym, poza Ashley, przecież ona nadal go kocha. 
Wychodzę zatrzaskując drzwi i nie myśląc o tym, która jest godzina idę do sklepu spożywczego. Cały czas zadaje sobie pytanie, jak mógł mi to zrobić, co jeśli teraz jest z nią? Albo jeżeli nadal się spotykają? Moje policzki sa mokre, makijaż mi sie rozmazał i idę zła przed siebie. Z każdym krokiem złość zamienia się w smutek. Wchodzę do małego sklepiku, bo czuję że zaraz coś rozwalę gdy przed oczami widzę jedynie kostkę brukową. 
- Poproszę whiskey. - mówię, od razu wyciągając portfel.
- Pani jest pełnoletnia? - pytanie te wyprowadza mnie z równowagi, co do cholery?
- Tak, jestem. Inaczej bym tego nie kupowała. - widzę minę sprzedawcy, który jak myślę chciał się raczej upewnić, czy nie jestem pijana. Mogłam tak trochę wyglądać, po tym jak puściły mi nerwy.
Porywam sporą butelkę i gdy wychodzę, niebo jest lekko zachmurzone. 
Siadam na murku i odkręcam szklane opakowanie alkoholu. Okropny smak od razu uderza moje kubki smakowe, na co mocno sie krzywię, ale nie odrywam gwintu od moich warg. Robi się chłodno, ale nie czuję tego przez rozgrzewający, mocny trunek. Gdy upijam juz 1/4, czuję jak powoli odpływam. Przestaję myśleć o Justinie, to chyba był główny cel mojego upicia. Jednocześnie tracę kontrole nad tym co robię, ale i tak pije dalej. Kto mi zabroni? 
Pół butelki znika w 15 minut, ledwo co widzę co sie dzieje. Gdy chce wziąć kolejny łyk, podbiega do mnie chłopak. Przymrużam oczy, chcąc zobaczyć kto to jest, lecz widzę tylko wysokiego człowieka idącego do mnie. 
- Selena?! Co Ty tu robisz? - krzyczy do mnie Joe. Rozpoznaję jego głos i czuje, jak wyrywa mi butelkę. 
- Jeo? Jeo, ooo, jak miło. - mamrocze, przekręcając jego imię. 
- Czy ja muszę widzieć Cię zawsze pijaną? Boże, co się z Tobą dzieje? Idziemy. - przerzuca mnie przez ramie i wlecze do samochodu, a ja mamroczę jakies przypadkowe słowa, co chwilę mówiąc "Juss". Wiem, że to słyszy i czuję jak powoli układa mnie na siedzeniu w jego samochodzie. 
- A co Ty tu robisz? - bełkoczę, smiejąc się. Co ja ze soba zrobiłam? 
- Ratuję Cie. Jeszcze pare łyków i znowu byś zemdlała. Selena, błagam Cie. - wydziera się  i siada za kierownicą, podkręcając ogrzewanie. 
Opieram jedynie głowę o szybę i lekko przysypiam, kiedy wyjeżdżamy sprzed sklepu. 
                                                                            ***
Czuje miękki ciepły koc, rozłożony na moim brzuchu. Rozglądam się wokół i widze mieszkanie Joe'go. Leżę na jego kanapie, obok położony został mój telefon. Chwytam go i widzę, że nikt nie dzwonił. Kolejna łza wypływa mi z oka, ponieważ pamiętam że jestem tu przez Jussa. 
- Nawet nie zadzwonił. - kłade się i mówię do siebie. 
- Dzwonił. Chyba z 20 razy. Odebrałem i opieprzyłem go. Czy Ty myślisz, że on może Cie tak ranić? Nie chciałem być zły, ale gdy powiedział że tu przyjedzie, zacząłem rozmawiać ostrzej. - fuka Joe, słysząc to co powiedziałam. Moje oczy mimo kiepskiego samopoczucia powiększają się i cieszę się na wiadomość, że jednak próbował się ze mną skontaktować. 
- Co zrobiłeś? - podejmuję ten temat, chociaż odczuwam jak alkohol zadziałał na moją głowę, i jak bardzo mnie teraz boli. 
- Słyszałaś.  NIe mogę pozwolić, żeby się do Ciebie zbliżał. 
- Kocham go. - rzucam, aby krótko mu wyjaśnic o co w tym chodzi. 
- Nie gadaj bzdur, lepiej pij wodę. I nie sięgaj już po alkohol, okej? - podaje mi szklankę, wypełnioną wodą i patrząc w oczy, uśmiecha się gdy nie wykazuję sprzeciwu. Lubi mieć racje, znam go nie od dziś. 
- Gdzie Brigit? - pytam po chwili, czując się już troche lepiej. 
- Pokłóciłem się z nią. Ale to minie, wiem to. - jego kąciki ust podnoszą się i wiem, że mówi prawdę. Kiedy promile w mojej krwi maleją, zaczynam widzieć co zrobił dla mnie Joe. Znowu. Nie wierzę, że mam tak dobrego przyjaciela. 
- Przykro mi. Dziękuję. 
- Nie ma za co. Powiesz mi chociaż dlaczego wypiłas tyle whiskey? - siada bliżej mnie, widząc że już konaktuję.
- Ashley. - widzę jak reaguje na jej imię, aż boję się kontynuować. - napisała do Justina. A miał zerwac z nia kontakt, taka była umowa. - dokańczam.
- Co? Dlaczego? 
- Na imprezie razem tańczyli, wiesz wtedy kiedy się upilismy. 
Jego wyraz twarzy nie wygląda najlepiej i wiem, że będzie teraz jeszcze bardziej wkurzony. 
- Ale jak to... co ona... - przerywa mu walenie do drzwi. Podskakuje ze strachu, kiedy ktos zaczyna szarpac za klamkę i wydzierać sie na całą klatkę schodową. Boże, tylko nie to. 
Joe spokojnie wpuszcza do środka Justina, a ten przybiega do mnie, łapiąc mnie za rękę. Jest cały roztrzęsiony, musiał sie przestraszyć kiedy zobaczył, że nie ma mnie w jego mieszkaniu.
- Co sie stało? Kochanie, jestem tu. - mówi mi, a ja zabieram dłoń z jego uścisku.
- Kochanie? Gdzie byłes półtorej godziny wcześniej? - wyrzuca mu Joe.
- Byłem, żeby załatwić ważną sprawę, to nie Twój interes. - wstaje i mierzy go wzrokiem. 
- Ach, a sms od Ashley też sie do tego zalicza? - widze jak Juss traci kontrole i łapie za koszulke mojego przyjaciela.
- Pusć go! On ma rację, miałes zerwac z nią kontakt, jak mogłes mi to zrobić? - krzyczę, przestając dusić w sobie łzy. 
- Skąd wiesz, że pisała... grzebałas mi w telefonie? - zniża swój ton, ale widzę jak na mnie patrzy. 
- Tak. Musiałam. I wiesz co? Nie żałuję, to koniec. Nie wytrzymam tego, jak nie dotrzymujesz obietnic. 
- Skarbie, wyjdźmy. Porozmawiajmy na spokojnie, wyjaśnię Ci to. - podchodzi do mnie i widze, jak nagle przejmuje się tym, co czuję. Niestety jest na to za późno. 
- Byłeś teraz u niej? - pytam, na co potakuje. - Wyjdź stąd. Natychmiast. - mówię, a Joe chwyta go i wyprowadza na klatkę schodową. Czuję, jak strumyczki wody spływaja po mojej twarzy. Nie chciałam, ale musiałam. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz