czwartek, 8 maja 2014

Rozdział XXXVIII

Po chili znalazlam sie pod domem mojej przyjaciółki. Mieszkała ona w dosyć dużym domu, ze sporym ogródkiem i miała uroczego pieska, wyglądającego zza okna. 
Zadzwoniłam do drzwi. Po chwili wyszła gotowa już Brigit i ruszylyszmy na spacer. 
- Przepraszam, ze tak szybko o to pytam ale czemu nie Chciałas widzieć sie z Joe? On tez unika tego tematu... Coś sie stało? - zapytała niepewnie.
- Poklocilismy sie. Właściwie to z każdym sie pokłóciłam, bo oni uważają ze spotykam sie ze zła osoba. Tyle ze ja go kocham. - spuscilam głowę.
- Rozumiem... Nie martw sie, ok? Mam dla Ciebie niespodziankę, chodź. - podbiegła do miejsca, gdzie leżał gruby pień.
- Czy to jest ta niespodzianka? - zasmiala sie, pokazując masywny kawał drewna.
- Tak, siadaj. Tutaj często przychodzę, gdy mam problemy. Brzmi trochę jak w filmie, ale to działa. Tu jest tak spokojnie... 
Widziałam, ze zamknęła oczy i zatraciła sie w jakiś wspomnieniach. Nie chciałam jej przerywać widząc jak sie uśmiecha, wiec rownież zaczęłam rozmyślac.
Przypomniałam sobie nasz cały wyjazd, wszystkie chwile z Justinem. Siedziałyśmy tam tak długo, ze przypomniałam sobie nawet dzień, kiedy Juss dał mi bransoletkę z baletnicą. To było urocze, nie wierzyłam ze teraz jesteśmy razem. 
- I co? Podziało? Lepiej? - uśmiechnęła sie dziewczyna, przerywając. 
- Jejkuuu, dziękuje. - przytulilam ja mocno i wstajac, poszłyśmy dalej. 
Potem rozmawialiśmy już normalnie. Jaka ona jest miła! Co chwile śmialysmy sie z najnudniejszych rzeczy, z których nie śmieje sie w zasadzie nikt. Była teraz jedyna osoba, niemająca nic do mojego chłopaka. Nadal jednak wiedziałam, ze dalej nie będzie mi łatwo. Ani z Ashley, ani z rodzicami... A jeszcze Nick, on jakoś nie przepadał za Justinem. 
Wiecie jak to jest kiedy każdy jest przeciwko Tobie? Nawet nie mnie, tylko mojemu szczęściu. Westchnelam, pożegnałem sie z Brit i wróciłam powoli do domu. 
Zjadlam kanapkę z serem, przeczytałam jakiś artykuł w gazecie i zaczęłam szukać tej bransoletki. Otwierałam wszystkie szafki po koleji, lecz nadal nic nie widziałam. Chciałam sobie przypomnieć gdzie to położyłam, jaki kolor miało to opakowanie, ale nic nie wpadało mi do głowy. Moje poszukiwania trwały, niestety bez owocnie. Albo sie rozpłynęła, albo jestem ślepa. Złapałam sie za głowę i na spokojnie przemyslalam, gdzie mogłam to położyć.  
"Salon!" - szybko powiedziałam do siebie i zbieglam na dół. 
Zagladalam do rożnych miejsc, aż po chwili znalazłam pudełeczko z biżuteria. W środku jeszcze była karteczka z data. Założyłam rzemyk na rękę i aż poczułam sie jak wtedy, tamtego dnia.
Zostały trzy dni do momentu kiedy znowu zobaczę Jussa. Nie mogłam sie doczekać.
Chciałabym znowu zapalić, może gdzieś wyjść na imprezę...
Gdy wstałam i już chciałam pójść do mojego pokoju, z szafki wypadło jakieś zdjęcie. Była to fotografia znad morza, gdzie siedziałam z Ashley. Miało chyba z 10 lat. Nie chciałam jej tracić przez chłopaka, takie problemy miałam chyba w gimnazjum gdzie walka była toczona o to, kto miał lepsze buty, chłopaka, markowe kosmetyki. Napisałam do niej, czy może gdzieś wyjdziemy do kina. Bilety w poniedziałki sa tańsze, jakiś film sie wypatrzy. Dziewczyna odpisała jednak agresywnie. *tresc* "Do kina idź z Justinem jak wróci. Na mnie nie licz, chyba ze szukasz rywalki. Łatwo sie nie poddam" 
Rywalki? Ona naprawdę musiała kochać Jussa. W sumie spędzali razem dużo czasu, a moj chłopak potrafi zamieszac w głowie, czego jestem najlepszym przykładem. 
Zrobiłam zdjęcie mojej ręki z bransoletka i wstawiłam na Instagrama, aby zobaczył je Justin Po chwili polubili je moi znajomi ze szkoły i jakieś obce mi osoby.
Zdziwił mnie jednak lajk @AFull , czyli Austina. Kiedyś sie o to poklocilismy, to tez pamietam. Dużo rzeczy związanych z Austinem było wokół mnie, nie da sie ukryć. Starałam sie jednak być silna i wyczekiwalam na Justina cierpliwie. 
*trzy dni pozniej* 
Obudziłam sie bardzo wcześnie, aby wymknąć sie wczesnym rankiem pod pretekstem jakiś porannych zajęć dodatkowych w szkole. Nie mogłam iść do szkoły w dniu, kiedy przylatuje moj ukochany. Wsiadłam do tramwaju, który jechał właściwie na lotnisko. Było ono dosyć daleko, stad przystanki mijały jeden po drugim a ja i tak stałam, trzymając sie niebieskiej poręczy. Czas płynął, a za dwadzieścia minut samolot miał wyladowac. Gdynia wysiadlam an miejscu, byla 7:10. Szybko pokonywalam kolejne metry, aby dobiec na stanowisko 4. Przebijalam sie przez tłumy osób, wracających ze swoimi rodzinami. Było ich mnóstwo. 
Nareszcie, gdy brakowało mi już siły ujrzalam Jussa, rozgladajacego sie chyba za mną. 
Rzuciłam sie mu w ramiona, całujących najmocniej jak potrafiłam. On mnie objął i odwzajemnil pocałunek, ciesząc sie na moj widok. Nadal wtulona w jego koszulkę, szlam ku wyjściu. Jego bagaż był ogromny, ale to naturalne jak na 3-miesięczna wycieczkę. 
Byłam przeszczesliwa, czując jak chłopak mnie obejmuje.
- Oj, musimy gdzieś wyjść. Jakaś impreza, klub... Tak sie za Tobą stęskniłam! - co chwile mówiłam, a Justin przytakiwal i całował mnie abym chociaż na chwile zamieniła gadanie w śmiech. Mieliśmy już wyjść, ale drogę zagrodzila nam pewna osoba. Nie wierzyłam, ze ten cudowny dzień może zepsuć właśnie ona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz