środa, 11 czerwca 2014

Rozdział XXXXXX

*Selena*
Śmieje się ze znanych mi tekstów i dzięki starym żartom mojego taty na te cudowne 2 godziny zapominam o Justinie. Gdy jednak moi rodzice wyjeżdżają na zakupy, ogarnia mnie samotność. Ide do pokoju i otwieram każdy potrzebny mi podręcznik, który niedłguo spakuje do szkoły na jutro. Uciekam w naukę, zawsze tak robiłam, kiedy miałam problemy.  
Podkreślam zielonym, odblaskowym flamastrem definicję dotyczącą niedawno poznanych pierwiastków na chemii i zaczytuję się w dalsze objaśnienia tematu. 

*Justin* 
Wkładam słuchawki do uszu i włączam moją ulubiona piosenkę. Omijam wszystkie, które przypominają mi o Selenie; o jej ustach, oczach, dłoniach... cholera, nie wiem czy dam radę o niej zapomnieć. Przypominam sobie jednak to, co mi powiedziała i powtarzam po raz setny, że to przez nią. Wiem, nie byłem święty, ale nie pocałowałem Ashley. Nie pocałowałem nikogo, nawet nie mógłbym tego zrobić teraz, kiedy uważam wszystko za po części skończone. 
- Halo? Prosze pana? - szturcha mnie kierowca, a ja zauważam że jesteśmy już na miejscu. Zapomniałem, że na lotnisko mam jakieś 15 minut. 
- Co? - wymyka mi się, ale nie przejmuje się tym specjalnie.
- Ma pan do zapłaty 25,30zł. Jesteśmy już na lotnisku. - wygląda przez okno, a ja potakuję.
- Do widzenia. - rzucam mu niedbale 30gr. na siedzenie, po tym jak podaję 25zł. 
- Do widzenia. - prycha i po chwili odjeżdża. 
"Młody i wolny" - mówię sam do siebie i przechodzę przez drzwi lotniska. 


*Selena* 
Wyprzedziłam już po 3 tematy z każdej lekcji, nie wierze że jest już tak późno. Mama z tatą wrócili już dobre 3 godziny temu, a ja wyczuwam zapach kolacji. Zapowiada się coś pysznego. 
Mój telefon ani razu się nie podświetlił z powodu jakiejś wiadomości. 
Spinam włosy w kucyk i schodze na dół. 
- To co? Pieczemy te ciastka? - pyta, a ja wymuszam uśmiech. 
- Pewnie! - mówię przesłodko i opieram się na blacie kuchennym. 
- Dobra, ale najpierw zjedz kolację, tym razem ryż z warzywami. - oznajmia wesoło. Jak ona kocha gotować. 
- Klasyka. - mamrocze pod nosem, a moje kąciki ust się unoszą, kiedy widzę jak miska pełna białych ziarenek zmierza w moją stronę. Chwytam widelec, bo oczywiście nie umiem jeść ryżu pałeczkami i co chwilę chwalę moją mamę, ponieważ jest to wybitnie dobre. Dawno nie jadłam nic domowego, brakowało mi tego smaku. 

                                                                            ***

- Robimy czekoladowe. - oznajmiam i wyciągam mąkę. 
- Jak chcesz. 
- Mamy jajka? - pytam, a ta wyciąga je z lodówki. Juz wiem, po kim odziedziczyłam moje perfekcyjne przygotowanie. 
- Mamy wszystko. To zaczynaj, tu masz jeszcze pół kostki masła. - układa składniki na blacie, obok kranu i podaję mi margarynę. 
- Ciasteczka? Dla mnie? - żartuje mój tata, kiedy wchodzi do kuchni. 
- A dla kogo by innego? - posyłam mu usmiech i powoli rozcieram masło z cukrem. Po tym dodaję szklankę mąki i stwierdzam, że teraz kolej na moją mamę. 
- Miałysmy razem robić ciasteczka. - przypominam, na co dodaje kolejne składniki i uruchamia mikser. 
Moje ręce dorywają się do telefonu i nie mogę ukryć smutku, na widok pustej tabelki "powiadomienia". Wysyłam kolejna wiadomość do Jussa, pod tytułem "Przepraszam.", chcąc otrzymać chociaż uśmiech w odpowiedzi. Już wiem, jak się czuł kiedy wysyłał mi ich setki, a ja odpowiadałam jeżeli miałam taką ochotę. Muszę trochę panować nad emocjami, nawet ja zauważam że jestem strasznie zmienna. Moi rodzice oszczędzają mi zbędnych pytań i cieszą się tym, że w końcu jestem w domu. Znacznie ułatwia mi to sytuację i gdy moja mama oznajmia, że przyszedł czas na wycinanie kształtów ciasteczek z ciemnej, kakaowej masy, podchodze do kuchenki. 
Wycinam zdecydowanie za dużo serc, które po wypieczeniu chyba przełamię. Jestem w rozsypce, wszystko przypomina mi o moim ukochanym. Szybko odpędzam myśli o Jussie i wkładam surowe, uformowane ciasto do piekarnika. Czekam z nastawionym minutnikiem dokłądny kwadrans i zakładam grube rękawice, aby wyciągnąć blachę. Jest strasznie gorąca, więc stawiam ją przy uchylonym oknie. 
Ciastka wyglądają cudownie, szkoda tylko że nie zjem ich razem z Justinem... 
Rozglądam się po kuchni i siadam, czekając aż trochę ostygną. Oczywiście sprawdzam komórkę, nadal nie mając żadnego znaku od chłopaka. Każde ujrzenie pustego paska powiadomień kłuje mnie mocno w serce i wydłuża każdą nastepną sekundę cichego oczekiwania. 
- Są pyszne. - chwali mnie tata, sięgając już po 4 ciasteczko, mimo tego że nadal nie wystygły do końca. 
- Masz rację, wyszły nam genialnie! - potakuje moja mama i wszyscy zajadamy się słodkimi wypiekami. 
Resztę czasu spędzamy na rozmowie o szkole i pracy, nie szukaliśmy jakiś tematów na które moznaby było się wypowiadać niewiadomo ile czasu. 
- Pójde się umyć i przeczytam coś na sen. Dobranoc. - w końcu żegnam się z obojgiem i idę na górę. Biorę piżamę z mojej szafki, przypominając sobie że zostawiłam sukienkę u Justina. "U Justina" sprawia, że przypominam sobie tez ostatni wieczór i opadam na łóżko. 
Nie moge bez niego funkcjonować, każda rzecz, każda czynność mi o nim przypomina. Nawet jakaś sukienka. Ugh. 
Ide do łazienki i zamykam sie na zamek. Staję przed lustrem, oglądając jak wygląda moja zmęczona twarz. mam nadzieję, że jak pójdę spać nieco wcześniej, jutro będzie wyglądać troche lepiej. Zmywam delikatny makijaż i wchodze pod prysznic. Ustawiam zimną wodę i daję słowo, że mogłabym stąd nie wychodzić. 

                                                                        ***

- Co? To już 7? - mamroczę, chwytając budzik. Wyłączam go po omacku i wtulam sie w poduszkę. Nie chcę isć do szkoły, czuję się fatalnie z myślą, że nie będę mogła potem wstapić do Jussa. 
Chwila, przecież mogę zachaczyć o jego mieszkanie wracając. A on i tak Ci nie otworzy - dodaje moja podświadomosć. 
Mój cichy głosik w głowie ma rację i wycofuje się z tego beznadziejnego pomysłu. 
Wstaję, wlecząc się w kierunku szafy. Wybieram zwykłą koszulkę i jeansy, po czym maluję dwie cienkie, czarne kreski na dwóch powiekach. 
Wychodzę, nie biorąc ciasteczka, ponieważ najzwyczajniej w świecie moi rodzice zjedli wszystkie, kiedy poszłam na górę, ale dochodzę do wniosku, że chyba przeżyję ze zwykłą kanapką, zapakowana w sreberko. 
Chwytam ostatni autobus jadący w stronę mojej szkoły, przed zaczęciem się lekcji i trzymając się barierki, wyglądam przez szyby. 

*Justin* 
Uprzejma pani sprawdziła, że nie chcę wysadzić samolotu ukrytą w mojej kieszeni bombą atomową i spokojnie moge udać się na pokład. Moje bagaże sa już nadane, a ja nie moge doczekać się momentu, kiedy zobaczą moja siostrzyczkę. 
Usadawiam się w wygodnym, wysiedzianym kremowym fotelu i zapinam pasy, tylko po cześci słuchając "zasad bezpieczeństwa". 
Jak zaczniemy się palic- spalę się i ja. Jak wylądujemy na wodzie- dopłynę, albo zjedza mnie rekiny. A jak przedłuży się lot - i tak nikt nie wie, że wyleciałem do Londynu, więc nic sie nie stanie. Proste? Proste. 
Rozśmiesza mnie widok dosyć zgrabnej kobiety, która pokazuje jak nadmuchac jakąś chińską kamizelkę i łamany angielski jej koleżanki. Sprawdzam, czy nie zapomniałem dokumentów i słuchawek do mojego telefonu, a nastepnie wyglądam przez malutkie, zaokrąglone okna. 
Oddzielam moje myśli, idące w kierunku Seleny i skupiam sie na tym, co będzie działo sie w Anglii. Moja walizka jest wypakowana po brzegi, doplacilem za nadbagaz majątek.
Zabrałem ze sobą czarna sukienkę Sel. Nie do końca wiem dlaczego, ale nie mogłem jej tak zostawić na kaloryferze. 
Kiedy samolot rusza, ludzie sa przejęci tym, ze unosimy sie do góry. Rzeczywiście, to strasznie dziwne jak na to, ze lecimy samolotem. Nie umiem z nich nie szydzić i śmieje sie z jakiegoś dziecka, pytającego sie czy juz wylądowaliśmy, gdy za oknami pojawiły sie chmury.
Zamyslam sie i patrzę, ze Selena do mnie coś napisała. Nie bije rekordów wiadomości, tak jak ja ale równie dobrze przekonują mnie one, aby odpisać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz