czwartek, 5 czerwca 2014

Rozdział XXXXXV

Widzę, że Juss kieruje się w znana mi uliczkę. 
- W takim razie jedziemy do mnie. - oznalmia, a ja od razu zmieniam wyraz twarzy.
- Nie decyduj za mnie. Już powiedziałam, że chce jechać do domu. 
- Oj przestań skrabie, mam lekarstwa, połozysz się na chwilę... - zaczyna mówić swoim słodkim głosem, a "skarbie" działa na mnie zabójczo. Jest sto razy bardziej emocjonujące, niż "kochanie" wydobyte z ust Harrego. 
- Justin... nie. - mamroczę, gdy widzę jak jesteśmy coraz bliżej jego mieszkania. 
- Nie chcesz się położyć? Gwarantuje bezpieczeństwo, odpoczynek i podwozke do domu, tak jakbyś była na lekcjach, bo auto mam do 18. - mówi, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem. 
- Dobra. Zawsze masz rację. - czuję się zła, że tak łatwo ulegam jego propozycji, ale jestem zbyt zmęczona na drugą kłótnię. Przynajmniej teraz. 
Widze jego uśmieszek i gdy jestem w niego wpatrzona, nie orientuje się, kiedy dojeżdżamy na miejsce. Samochód parkuje i staje niedaleko drzwi wejściowych. Otwieram drzwi i idę w stronę bloku z lekka pomoca mojego chłopaka. Nie jestem uradowana tym pomysłem, ale stwierdzam że mogło być gorzej. Powoli wchodzę po schodach, delikatnie stawiając każdy krok. 
Tupiące szpilki powodują, że mojai głowa odmawia posłuszeństwa, więc po chwili łapię się za nadgarstek Justina, a ten silnie mnie przytrzymuje. Po chwili przekraczam już próg mieszkania i dosłownie padam na kanapę, znajdującą się w salonie. Nie wiem kiedy, moje powieki się zamykają i zasypiam. 

                                                                          ***

Słyszę, jak coś lekko stuka, budzę się, stopniowo otwierając oczy i orientując się, co się dzieje. 
- Czego szukasz? - pytam się, gdy widzę zakłopotanego Justina, chodzącego w lewo i w prawo naprzeciwko komody. 
- Obudziłem Cie? - mówi, wyraźnie omijając jakiekolwiek przekleństwa. 
- Tak, ale nic sie nie stało. Jest o wiele lepiej. - wstaję i spoglądam na stół. Leży na nim szklanka wody z cytryną, trzy rodzaje tabletek, opakowanie truskawek w czekoladzie i nową, damską bluzkę. Uśmiech od razu pojawia się na mojej twarzy, a Justin patrzy jak wszystko dokładnie oglądam. 
- Nie wiem, czy Ci się podoba... Ale gdybys tu została jeszcze kiedyś, to masz coś poza moją koszulką. - mówi, kiedy w ręce rozkładam t-shirt, a moim oczom ukazuje się czarny materiał z różowym nadrukiem w kszatłcie serca. Jest cudowna, nie wiem co powiedzieć chłopakowi. Wyraźnie się postarał, o to mi chodziło. 
- Ja... dziękuję. Bardzo dziękuję. - wstaje i podchodzę do Justina, żeby opleść ręce za jego szyją. 
- Przepraszam. - mówi, chyba definitywnie kończąc naszą kłótnie.
- Opowiedz mi o problemach Ashley. - zaczynam, a Juss wyraźnie się krzywi. 
- Jesteś tego pewna? - mówi, a ja potakuję. - Chodzi o to, że chciała odejść ze szkoły i uciec gdzieś daleko. 
- Jak to, dlaczego? - marszczę brwi. 
- Powiedziała, co do mnie czuje. To przeze mnie. - w tym momencie zabieram ręce i zwiększam przestrzeń między nami. 
- I co jej odpowiedziałeś? - w mojej głowie znowu pojawia się Ashley, idąca za rękę z moim chłopakiem. Przez tą wizje czuję obrzydzenie. 
- Powiedziałem, że kocham Ciebie. - jakoś nie przekonuje mnie ta krótka odpowiedź.
- Rozumiem, że teraz nie będziesz się z nią widywać... - kontynuuję. 
- Nie. Bardzo lubię Ashley ale wiem że to dla Ciebie za dużo. - podchodzi bliżej. 
- Obiecujesz? - pytam. 
- Tak. Czemu tak reagujesz na jej imię? - pyta, kiedy najwyraźniej widzi, jak moja twarz zmienia się nie do poznania, kiedy wymawia 'Ashley". 
- Chcesz dokładnie wiedzieć? 
- Tak. - obydwoje mówimy ciszej, sama nie wiem czemu. 
- Wtedy widzę Was, razem. Widzę, jak się przytulacie, jak śmiejesz się kiedy ona mówi... - wyznaje nieśmiale, uważając że to głupie. 
- Zamieńmy może te wizję, co? - uśmiecha się, a jego ręka ląduje na moim policzku, żeby mnie uspokoić. Nie myślałam, że powiem mu o tym, co czuję. Justin nie jest tak wrażliwy i tolerancyjny. Jego usta delikatnie dotykają moich, a ja czuję jak brakowało mi tego uczucia. 
Przerywam jednak po tym, powstrzymując go przed popnowieniem czynności i odwracam się, aby wziąc lekarstwa. 
- Dziękuję, że o tym pomyślałes. - mówię i popijam gorzki lek wodą. 
- Nie ma sprawy. Za godzine musimy wyjechać. - mówi, a ja potakuję, jednocześnie przegryzając na pół największa truskawkę w czekoladzie, którą znalazłam.
- Co będziemy robić przezs ten czas? - mówię, gdy Justin dopuszcza do ciszy między nami. 
- A co, juz Cie głowa nie boli? - nie wiem czemu mówi to tak oschle, niedawno mając uśmiech na twarzy.
- Juz mniej. Coś się stało? - pytam niepewnie. 
- Tak. - ubiera koszulkę i zapina zegarek. 
- Co takiego? - przyjmuje minę 5-latka. Nie wiem, o co może chodzić. 
- Zaufaj mi do cholery. - patrzy się na mnie, a ja domyślam się, że chodzi o przerwany pocałunek. 
- Żeby zaufać, trzeba czasu. 
- A jeżeli mam wehikuł? - śmieje się, a ja podchodze do niego. 
- Jeżeli masz takie cudeńko, to chętnie skorzystam... - całuję go mocno i patrzę w prosto w oczy. Jego wargi łączą się z moimi ponownie, a ja wyczuwam jego palce na mojej koszulce.
Nie wiem, czy powinnam to robić, niedawno jeszcze ustalalam, ze zacznę wszystko od nowa, ze wyrzucę go ze swojego życia. 
- Selena... - słyszę jak szepcze i zawija lekko dół koszulki, aby ja ściągnąć.  
Podnosze ręce do góry i pozwalam na ściągnięcie materiału. Jego palce błądzą teraz po mojej szyi, nie wiem czemu nie moge tego zatrzymać. Delikatnie go całuje, a następnie odsuwam swoją twarz od jego, biorąc do ręki czarny t-shirt.
- Hmm...musze przyznać, ze lubię twoje pomysły. - przeciągam ubranie przez głowę, droczac sie z Jussem.
- Tak sobie myślałem... Może moglibyśmy dzisiaj gdzieś wyjść wieczorem? - mówi niewyraźne, tak jak uwielbiam. 
- Co proponujesz? - przygryzam wargę i patrzę na chłopaka z zaciekawieniem. To nawet niezły pomysl. 
- Wychodzę z niegrzeczna, czy typowa Selena? - jego uśmiech zdradza wszystko. 
- A jaka wolisz? 
- Zdecydowanie te pierwsza... - moja dłoń znajduje sie w jego.
- Dobrze, a wiec który klub? 
- O to mi chodziło. - dotyka moich warg, a ja czuje ze zgodzę sie na wszystko co tylko mi zaproponuje. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz