piątek, 21 marca 2014

Rozdział V

Kucnęłam pod umywalką opierając się o ścianę, wycierając jednocześnie łzy.
Justin schylił się ale ja cały czas go odpychałam. Nagle, gdy usłyszałam krzyki z sali i ludzi wybiegających z toalet podniosłam się i wybiegłam. Zobaczyłam krąg, wokół którego stało mnóstwo osób. Wszyscy coś pili, krzyczeli i stali milimetrami od siebie. Zaczęłam ich przepraszać i dochodzić coraz bliżej centra afery. Zobaczyłam Van i jakąś blondynkę, które wrzeszczały na siebie, oblewając jadna drugą szampanem. O co chodziło? - pomyślałam. Nagle zorientowałam się, że za mną stoi Juss i krzyczy do Van, żeby przestała. 
Krzyknęłam STOP! Ale muzyka była tak głośno, że nikt mnie nie słyszał. Dopchałam się do końca i ujrzałam Vanessę, wyzywającą Ashley. Tak, tą Ashley która jest w domu by pomóc mamie. Tą która nie lubi imprez i alkoholu. Nie wierzyłam, że moje dwie najlepsze przyjaciółki na jednej imprezie zrobiły takie wielkie zamieszanie. Wzięłam obydwie za ręce i szarpnęłam krzycząc, że nic się nie stało. Szybko wyprowadziłam je na dwór, przed wejście. Ludzie tam palili. Vanessa się nie krępowała, wzięła skręta i podpaliła końcówkę. 
- Przestań! Nienawidzę tego - syknęła Ashley. 
- Zamknij się! Robię co chcę, przy kim chcę. - odburknęła dmuchając dym prosto w twarz Ash. 
- Ty... - niedokończyła, bo złapałam ją mocno za dłoń. 
- Słuchajcie, spokojnie. O co chodzi? Co się stało? - zapytałam łagodząc atmosferę. 
- Ona... - zaczęła Ash.
- Ona? Mam imię. - odburknęła Van.
- Vanessa, uspokój się - powiedziałam.
- Skąd Ty ją znasz?! - krzyknęła Ash.
- Ashley, to jest Vanessa. Przyjaźnimy się. - starałam się zachować spokój w każdym słowie. 
Obie patrzyły na mnie jak na wariatkę, a na ich twarzach możnaby było napisać "Ty znasz tą wariatkę?" 
- Słuchajcie, wiem że się różnicie, nie wnikam o co poszło, ale obie z Was bardzo lubię, tak? I macie się pogodzić. Vanessa wypuściła ostatni dymek, rzuciła papierosa i podała rękę oburzonej Ashley. 
- No okej, idź Van chcę pogadać z Ashley.
- Ok, widzimy się jutro w studiu, pamiętaj! - odkrzyknęła odchodząc.
- O co chodzi? - powiedziała Ashley, poprawiając włosy.
- O co?! Od kiedy to się pomoga chorej mamie, będąc w klubie? - wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu. Dziewczyna nic nie mówiła, stała z założonymi rękoma i takim wyrazem na twarzy, jakby miała jeszcze do mnie oto pretensje. 

- Bo... - zaczeła niepewnie.
- Bo? Nie masz wytłumaczenia. Nie spodziewałam się tego po Tobie.
- Idź sobie do tej Vanessy. Najwyraźniej ona Cię lepiej rozumie - syknęła i odeszła. 

Muszę już stąd iść. Tyle emocji w niecałe 2 godziny... masakra. 
Nagle mój telefon zadzwonił. To był Austin. 
- Cześć Królewno. Masz chwilę? 
- Hej ... właśnie wracam z imprezy. Zaraz się załamię. A co? 
- Załamiesz? Czekam przy przystanku. 
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, chłopak się rozłączył. No pięknie! Mam mu powiedzieć o tym co się dzisiaj wydarzyło? O Justinie? Miałam pustkę w głowie.
Gdy doszłam na przystanek, zobaczyłam Austina. 
- Co się stało ? - powiedział przytulając mnie i całując delikatnie w czoło. 
- Wtuliłam się w jego bluzę i zaczęłam lekko płakać.
- Co się dzieje? Mów. - złapał mnie za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. 
- Chodzi o to... że... Moje dwie przyjaciółki się pokłóciły. I bardzo za Tobą tęskniłam . - z trudem łapałam oddech. 
- Chodź tu... - przytulił mnie najmocniej jak tylko mógł. 
Przeszliśmy parę ulic, ciągle byłam smutna. Nie mogłam mu powiedzieć  Justinie, on by tego nie zrozumiał. To nie jest tak, że on mi się podoba, ale Austin mógłby tak to odebrać. A nie chcę go stracić. 
Chłopak odprowadził mnie do domu, w zdecydowanie lepszym nastroju. Uśmiechnęłam się na tyle sztucznie, żeby uwierzył, że wszystko jest okej i zamknęłam drzwi. 
Czemu Ashley mnie okłamała? - cały czas zadawałam sobie to pytanie...
Z kuchni wyszła mama. Była naburmuszona i zła, co nie wróżyło dobrze. 
- Kochanie... - zaczęła dosyć twardym głosem. 
- Tak mamusiu? - odpowiedziałam słodko, licząc że to coś da. Myliłam się.
- Dostaliśmy pismo ze szkoły. Dyrektor pisze, że idzie Ci coraz gorzej. Co to ma znaczyć? 
- Ale..
- Nie ma żadnego "ale". Albo chodzisz na imprezy z ta Vanessą,  albo spotykasz się z tym chłopakiem. Wracasz wieczorami z miasta. NIc dziwnego, że kiepsko Ci idzie. Masz to poprawić, albo szlaban na wszystkie imprezy i miłostki, jasne?! - powiedziałą głośno i agresywnie. 
- Tak. Postaram się to poprawić - odpowiedziałam spuszczając głowę i wchodząc na górę po schodach. To jakiś koszmar! Wszystko jest nie tak. Dobrze, że mam chociaż Van i Austina. Ash strasznie mnie zawiodła. Martwię się o nią, szczególnie że... 

Rozdział może trochę krótszy, ze względu na małą ilość komentarzy :) Zapraszam na dalszą część- już niedługo :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz