- Cześć Ash! Właściwie to co było zadane? - krzyknęłam do Ashley stojącej przy szafce.
- Hej. Ty wiesz, że... - nie skończyła, bo z zeszytu wypadło jej parę kartek.
- Zaczekaj, pomogę Ci... - powiedziałam ciszej i zaczęłam zbierać karteczki.
Po sekundzie obok mnie pojawił się Joe, również chętny do pomocy. Oboje wszystko zebraliśmy i podaliśmy Ash.
- Dziękuję Wam kochani. Dzisiaj jestem jakaś zaspana... - odpowiedziała.
- To może wpadniesz do mnie i położysz się na kanapie? - spytał Joe, opierając się o szafkę numer 45, czyli szafkę jego blond-ukochanej.
- Jeszcze czego... - odburknęła. Zapomniałam Wam powiedzieć, że wielkie uczucie Joe'go nie jest niestety odwzajemniane.
- Ok, to wiesz ja Was może zostawię i podpytam co było zadane, bo jak na kartkówce będzie coś z geograficznych stref to dostane piękną, prostą jednykę - powiedziałam.
Szybko zeszłam po schodach, zapytałam kolegi co było i zaczęłam przepisywać a właściwie zamazywać kratki z odpowiedziami bo zaraz miała zacząć się ta nieszczęsna geografia.
- "Strefy czasowe w stanach takich jak Los Angeles możemy wyróżniać..." - powtarzałam pod nosem usiłując coś zapamiętać i dostać chociaż 3.
- ... za pomocą zegarka - szybko dodał Austin i wślizgnął mi się przed książkę.
- To nie jest śmieszne. Zaraz będę musiała to napisać! - krzyknęłam i uderzyłam go lekko, nie kryjąc uśmiechu z powodu jego obecności.
- Owszem, jest - zaczął pociągłym, ciepłym głosem.
- tak? No popatrz, mi jakoś nie do śmiechu.
- Dobra, a o której kończysz?
- O 14.30, a co Cię to tak bardzo interesuje? - zapytałam.
- Już nie można się spytać takiej piękności, o której to kończy? - uśmiechnął się i spojrzał na mnie tym swoim wzrokiem.
- Niestety jeżeli miałeś coś na myśli to muszę pójść do studia tańca, bo umówiłyśmy się z Vanessą, że przygotujemy układ na jutrzejsze karaoke... Przepraszam - powiedziałam dosyć smutno, bo Austin był naprawdę uroczy.
- Ok, rozumiem. Ale w tygodniu będę Cię musiał gdzieś zabrać. - powiedział już odchodząc, bo dzwonek zadzwonił.
"Boże, żeby było coś prostego... Jak to było? Że strefy można... ugh! Nic nie umiem!" - pomyślałam i schowałam twarz w dłoniach.
Po wejściu do klasy, nauczycielka przesadziła parę osób. Na całe szczęście nie byłam to ja, bo siedzę z Ashley a ona na pewno to zda. Po 20 minutach pisania, stwierdziłam że jeżeli to zdam to zostanę zakonnicą, a graniczyło to z cudem. Kompletna m-a-s-a-k-r-a. No ale cóż, nauką się tylko nie żyje.
- Ok, to dzięki Ash! Cześć i do zobaczenia! - krzyknęłam, machając i jednocześnie odchodząc.
Wsiadłam do autobusu nr 134 i ruszyłam na ulicę Wedley 24, czyli ulubione studio moje i Van.
Wysiadłam o 15:20, więc pomyślałam, że Vanessy jeszcze nie będzie bo umówione byłyśmy na 15:50. Stwierdziłam, że pójdę wcześniej, spokojnie się przebiorę, trochę porościągam... przecież to 30 minut, przeżyję. Gdy ubrałam czarny top, szare dresowe spodnie i zasznurowałam buty, weszłam na salę. Myślałam, że będą chociaż ze trzy osoby ale...
zobaczyłam jednego, umięśnionego chłopaka bez koszulki, z lekko opuszczonymi spodniami, który ćwiczył jakiś układ przed jednym z luster.
- Przepraszam, mogę położyć mój bidon obok Twojej koszulki? - zapytałam grzecznie, chcąc zacząć rozmowę.
Chłopak nic nie odowiedział.
- Przepraszam!?
- Ach, jasne. - odpowiedział tak niedbale, że chciałam podejść i dać mu ulotkę z informacją, kiedy otwarty jest gabinet logopedyczny.
"Trudno, różni są ludzie" - pomyślałam.
Podeszłam na drugi koniec pomieszczenia i włączyłam muzykę. Zaczęłam od paru ćwiczeń i powtórzyłam pierwsze kroki układu.
- Nieźle, nieźle... i mój ulubiona piosenka! - z tyłu usłyszałam głos chłopaka, bijącego brawo.
- Dzięki. Wybacz, ale muszę dokończyć, także nie zawracaj mi głowy. - odparłam, odwracając się.
- Możemy poćwiczyć razem... - powiedział i złapał mnie delikatnie w talii.
Jego ciało było tak cudowne, a głos i uśmiech tak niebiański, że nic nie odpowiedziałam, tylko włączyłam muzykę jeszcze raz.
"Jak on genialnie tańczy" - pomyślałam już po paru spokojnych krokach. Prowadził mocno i konkretnie, ale na tyle opanowanie że czułam się jak księżniczka.
- Może posuniemy się trochę dalej? - złapał mnie za jedną, potem drugą rękę, a chwili lekko pocałował w usta, przytykając do ściany.
Naprawdę czułam się jak marionetka. Jak jakaś bohaterka bajki dla dzieci. Po prostu byłam w jakimś transie ; poprzez taniec, jego ciało, ten pocałunek...
Szybko dołożyłam pare kroków, aby odsunąć się od końca sali i złapałam go od tyłu, wskakując lekko na plecy.
Po zaledwie 10 minutach tańca, chłopak wyszedł. Wtedy,gdy mnie pocałował, poczułam że skądś go znam. Albo się minęliśmy w jakimś miejscu, albo spotkałam go na którejś z imprez... sama juz nie wiem.
Tuż po tym, jak napiłam się wody i usiadłam, do sali weszła Van.
-Hej. Co tu robił ten chłopak z ostatniej imprezy? Ten Justin. Minęłam go w drzwiach, był cały rozgrzany, musiał dużo ćwiczyć...Hej, ty też jesteś cała zdyszana. Czy Wy razem... - nie dokończyła Van, robiąc już słodkie oczka i doszukując się jakiś romansów.
Tak, ona zawsze to robiła. Ona nie miała tego problemu,. nie bała się spędzić pare godzin z nikim na wszystkich potańcówkach. Czy to na parkiecie, czy to w pokojach... po prostu "było, nie ma". Dla mnie związek musi być na stałe i tamten incydent z tym Justinem, czy jak mu tam nic nie znaczył.
- Co? Ja? Zamieniłam z nim tylko kilka słów. Nie wiedziałam, że był na imprezie...
- A no tak, poszłaś ciut wcześniej... - zaśmiała się Vanessa...
Ciąg dalszy niedługo, zachęcam do komentowania. Każdy komentarz = motywacja dla mnie ;)

Super ;*
OdpowiedzUsuń